Antybiotyki: kiedy brać antybiotyki?

Antybiotyki zrewolucjonizowały medycynę i ocaliły życie milionom chorych. W 1928 roku Alexander Fleming odkrył bakteriobójcze działanie niebieskiej pleśni, z której później wyizolował substancję nazwaną penicyliną. Na pierwsze zastosowanie kliniczne antybiotyku w Wielkiej Brytanii trzeba było poczekać do roku 1941, rok później użyto penicyliny w USA.
Pamiętaj, antybiotyki nie zabijają wirusów.

Początkowo penicylina była otrzymywana z hodowli pleśni i tak droga, że opłacało się ją odzyskiwać z moczu leczonych pacjentów. Penicylina miała wtedy znaczenie strategiczne. Była wojna, żołnierze masowo umierali z powodu zakażenia ran. Antybiotyk mógł ich uratować i przyspieszyć powrót na pole walki.

Zapotrzebowanie na antybiotyki

W pierwszym okresie stosowania, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX w. antybiotyki były stosunkowo drogie. Stosowano je przede wszystkim w szpitalach, u pacjentów w poważnym stanie, u których ryzyko podania nowego leku było uzasadnione. Wyniki okazały się bardzo dobre, więc wzrosło zapotrzebowanie na antybiotyki. Przemysł farmaceutyczny rozpoczął masową produkcję, szukając jednocześnie sposobów obniżenia kosztów. Leczenie potaniało i stało się powszechnie dostępne.

Na rynku pojawiły się antybiotyki podawane doustnie, rzadko wywołujące działania uboczne. Okazało się, że wiele chorób wywoływanych przez bakterie można leczyć w warunkach domowych. Odkrywano nowe antybiotyki, skuteczne w leczeniu kolejnych gatunków bakterii. Było wspaniale, ale pojawiły się pierwsze ostrzeżenia.

Długo przed odkryciem penicyliny w szpitalach obserwowano nawracające fale zakażeń, nawet u pacjentów, którzy byli przyjmowani bez infekcji, na przykład w celu przeprowadzenia planowego zabiegu chirurgicznego. Tłumaczono to na wiele sposobów: przenoszeniem bakterii przez personel szpitala, przez narzędzia, wzajemne kontakty pacjentów. Przeciwdziałano zaostrzając wymagania, izolując pacjentów albo całe oddziały od reszty szpitala i, oczywiście, podając duże dawki antybiotyków.

Fala zakażeń słabła, sytuacja wracała do normy, ale po jakimś czasie proces się powtarzał, z tym że bakterie coraz słabiej reagowały na antybiotyki. Wydłużał się czas leczenia, trzeba było stosować większe dawki leków. Lokalne szczepy bakterii wykształcały cechę umożliwiającą przeżycie: odporność na antybiotyki. Pomagała zmiana leku, ale z czasem okazało się, że bakterie są szybkie: adaptują się do nowych warunków „ucząc się”, jak przetrwać kurację.

Wielu pacjentów zmarło, mimo że inni, wcześniej leczeni w identyczny sposób, wracali do zdrowia. Dopóki zjawisko dotyczyło przede wszystkim szpitali, dopóty można było je stosunkowo prosto opanować. W najgorszym przypadku zamykając na jakiś czas oddział i poddając budynek gruntownej dezynfekcji. Niestety, okazało się, że wzrost odporności na antybiotyki jest powszechny i dotyka także pacjentów leczonych ambulatoryjnie.

Antybiotyki zaczęli stosować lekarze weterynarii i hodowcy, znacznie poprawiając wyniki finansowe. Wcześniej masowe zachorowania zwierząt na choroby wywoływane przez bakterie potrafiły pustoszyć całe farmy. Pomogły antybiotyki. Niektórzy podają je profilaktycznie zdrowym zwierzętom, wychodząc z założenia, że zanim pojawią się efekty uboczne, zwierzę trafi do ubojni. Problem w tym, że ludzie spożywający mięso tych zwierząt mimowolnie aplikują sobie dawkę antybiotyku.

Jak działają antybiotyki

Nie wszystkie bakterie potraktowane antybiotykiem giną. Niektóre z nich przeżywają i zachowują zdolność rozmnażania się przekazując następnemu pokoleniu gen któremu zawdzięczają odporność na lek. Taka selekcja powtarza się wiele razy, w każdym kolejnym pokoleniu szczepu potraktowanego antybiotykiem pojawia się coraz więcej organizmów odpornych. Procesowi sprzyjają błędy w dawkowaniu leków: zbyt krótka terapia, za mała dawka leku sprawiają, że więcej bakterii ma szansę przeżyć kontakt z lekiem i rozmnażając się przekazywać geny odpowiedzialne za lekooporność. I tak zarażając się trywialnymi chorobami rozpowszechniamy nowe, coraz trudniejsze do wyleczenia szczepy dobrze znanych bakterii, które dotychczas nie sprawiały większych problemów. Lekarstwa działają coraz gorzej, pojawiają się masowe zachorowania.

Naukowcy nie siedzą z założonymi rękami. Udoskonalają znane leki, odkrywają nowe, obiecujące substancje. Problem w tym, że bakterie zaczynają ich wyprzedzać. Nowych leków szuka się latami, później latami bada się ich skuteczność, poznaje efekty uboczne, w końcu przygotowuje technologię produkcji. Cykl od odkrycia do produkcji może trwać nawet kilkanaście lat i bywa niewyobrażalnie kosztowny. A potem? Potem sytuacja się powtarza: okres powszechnej radości z nowego leku, chwilowy armagedon dla bakterii, które po serii porażek znowu zaczynają zwyciężać.

Leczenie antybiotykami

Nie wszystkie infekcje są wywołane przez bakterie. Za wiele chorób odpowiadają wirusy. Stojące na drabinie ewolucji niżej niż bakterie, o prostszej budowie, są jednak nie mniej groźne. Różnice w budowie, odmienny sposób rozmnażania i atakowania organizmu chorego sprawiają, że antybiotyki nie zabijają wirusów i nie są skuteczne w leczeniu wywoływanych przez nie chorób.

Lek. med. Agnieszka Motyl, specjalista medycyny rodzinnej i epidemiolog Medicover tłumaczy:

– Większość infekcji dróg oddechowych to infekcje wirusowe. Katar, przeziębienie czy zapalenie gardła w 80-90% są wywołane przez wirusy, i powinny być leczone objawowo. Również zapalenie oskrzeli czy zatok ma w zdecydowanej większości tło wirusowe i może być leczone z powodzeniem bez podawania antybiotyku. Są oczywiście sytuacje, gdy lekarz już na pierwszej wizycie może podejrzewać tło bakteryjne infekcji. Tak jest np. w anginie paciorkowcowej, w której najwłaściwszym leczeniem jest podanie penicyliny, ponieważ wiemy, że paciorkowiec ją wywołujący jest w 100% wrażliwy na penicylinę.

Jeżeli po włączeniu leczenia objawowego infekcji dróg oddechowych stan pacjenta w ciągu 3–5 dni nie poprawia się lub pogarsza, powinien być ponownie zbadany przez lekarza. Zdarza się, że do wirusowej infekcji dróg oddechowych dołącza się zakażenie bakteryjne, ponieważ wirusy uszkadzają nabłonek dróg oddechowych i w ten sposób ułatwiają bakteriom przełamanie bariery ochronnej organizmu. Wtedy włączenie antybiotyku jest wskazane.

Czego antybiotyk nie leczy?

Antybiotyki nie działają na wirusy, więc leczenie przeziębienia, kataru czy niepowikłanej grypy antybiotykiem jest nie tylko bezcelowe, ale naraża pacjenta na wystąpienie skutków ubocznych leku, zniszczenie flory fizjologicznej i rozwój antybiotykooporności. Antybiotyki są natomiast konieczne w leczeniu powikłań niektórych chorób wirusowych. Wirusowym chorobom zakaźnym, w tym chorobom wieku dziecięcego, często towarzyszą infekcje bakteryjne. Przykładowo zapalenie ucha środkowego występuje w przebiegu odry, a zapalenie płuc jest ciężkim powikłaniem grypy, odry i ospy wietrznej.

Naturalna tarcza

Poszukiwanie nowych leków nie wystarczy, potrzebna jest zmiana sposobu stosowania antybiotyków. Pierwszą próbę obrony przed chorobą powinien podjąć organizm, korzystając ze swojego naturalnego arsenału. Jeśli chcemy zachować skuteczność antybiotyków, powinniśmy ich używać tylko wtedy, kiedy są rzeczywiście niezbędne. W pozostałych przypadkach lepiej liczyć na naturalne możliwości organizmu.

Antybiotyki to skuteczne leczenie?

Nie każdy kaszel czy ból gardła, żółty czy zielony katar, podwyższona temperatura wymaga leczenia antybiotykami, a objawy nawet wyleczonej infekcji mogą przeciągać się do 2 tyg. i podanie antybiotyku nie skraca ich trwania.

 

autor Piotr Kołaczek
Data dodania 18.12.2017
Data ostatniej aktualizacji 16.01.2019